Inne nasze miejsca:  Kandelabry Premium Pub | Charlie music pub

SMV "THUNDER": Clarke, Miller, Wooten

środa, 8 października 2008
Klub Pokład

W epoce panowania wirtualnych lig piłkarskich nareszcie nadchodzi prawdziwa drużyna, o której od dawna marzyli basiści i entuzjaści jazzu. SMV to projekt łączący tytanów Stanley Clarke’a, Markusa Millera i Victora Wootena. Marzenie o tym niezwykłym związku trzech pokoleń bogów gitary basowej – podsycane przez sporadyczne oświadczenia całej trójki, że spróbują wprowadzić je w życie, jeśli pozwolą na to ich terminarze – było przez ponad piętnaście lat dyżurnym tematem dyskusji fanów spotykających się na zjazdach i w internetowych chat roomach.
W końcu, kiedy w październiku 2007 roku Clarke postanowił wystartować do konkursu o nagrodę magazynu Bass Player podczas dorocznego festiwalu Bass Player Live! w Nowym Jorku, Miller i Wooten zadali sobie trud, żeby przyjechać i przedstawić szerszej publiczności swojego mentora. Ich wspólna improwizacja nie tylko powaliła na kolana dziewięciuset członków widowni, ale też podsyciła tkwiącą w ich muzyce chemię, co umożliwiło faktyczną realizację od dawna planowanego projektu. W rezultacie, w styczniu 2008 roku SMV spotkało się w studiu, żeby nagrać płytę i zaplanować trasę koncertową na lato i jesień.

Muzycy dobrze pamiętają swój pierwszy występ i sesje nagraniowe do albumu. Clarke wspomina, „Kiedy tylko zaczęliśmy grać ‘School Days’ na festiwalu Bass Playera, wiedziałem, że nigdy o tym nie zapomnimy – ani my, ani publiczność. Marcus i Victor mają niezłą intuicję i każdy z nas znalazł swoje miejsce w zespole. Marcus nadawał groove, Victor grał akordy, a ja pomyślałem „Hej, to jest świetne!”. Wooten przyznaje: „Praca ze Stanleyem i Marcusem zawsze była dla mnie spełnieniem marzeń. Podczas pracy nad płytą każdy z nas wydobywał z instrumentu dźwięki, które zostawiały reszcie miejsce na własną interpretację. Było całkiem zabawnie, kiedy Marcus i ja naśladowaliśmy siebie nawzajem i tworzyliśmy własną wersję zagrywek Stanleya. Najlepsze w tym jest to, że całość jest bardzo melodyjna – są tu, co prawda, karkołomne solówki, ale ludzie mogą być zaskoczeni, jak bardzo muzyczna jest ta płyta.” Miller dodaje: „To było istotne; nie chcieliśmy, żeby każdy po swojemu łomotał coś na basie. Prawdę mówiąc, musieliśmy czasem namawiać siebie nawzajem do grania bardziej skomplikowanych i technicznie wymagających motywów. Najbardziej interesujące było usłyszenie odległego dudnienia basów, które ludzie znają z naszych albumów, jedno przy drugim. To naprawdę niezwykłe, przywodzi mi na myśl wsłuchiwanie się w historię i ewolucję instrumentu”. Clarke podsumowuje: „Biorąc pod uwagę to, że wszyscy gramy na tym samym instrumencie, ta płyta może być dla ludzi prawdziwym objawieniem. Będzie tu dużo elektrycznych dźwięków, ale też wykorzystanie kilku innych możliwości. To wspaniały nowy dzień dla gitary basowej”.

Całej trójce z SMV trzeba przyznać, że świetnie wychodzi im zarówno nowatorstwo, jak i współpraca z pozostałymi członkami zespołu.